środa, 23 grudnia 2009

All I want for Christmas…

Bo kiedy miasto na święta się stroi
Niejeden z nas o przyszłość się boi,
Niejeden z nas w marzenia ucieka,
Wierząc, że spełnienie gdzieś czeka.

A kto wie czy za rogiem
Nie stoją anioł z Bogiem?
I warto mieć marzenia,
Doczekać ich spełnienia.
Kto wie czy za rogiem
Nie stoją Anioł z Bogiem,
Nie obserwują zdarzeń
I nie spełniają marzeń?
Kto wie, kto wie?

 

christmas-card

Wszystkiego dobrego na Boże Narodzenie! Zdrowia, spokoju, radości, miłości. Marzeń. I aby się spełniały… Anielskich Świąt!

Świąt przede wszystkim w sercu...



środa, 9 grudnia 2009

zawołaj ją na kuszenie…

Dziś znów będzie o Bajorze :)  Bo niektórzy z Was już wiedzą, że darzę go miłością absolutną, niezmiennie od lat już 20, a może i więcej, sama nie wiem dokładnie kiedy i od czego się zaczęło. Pierwsza płyta “Michał Bajor Live” chodziła u mnie tak często, że aż dziw, że się nie zużyła… bo to taka czarna, gramofonowa płyta… mam ją do dziś, tylko słuchać nie mam już na czym.
Na poprzednim blogu pokazywałam już zdjęcie z pierwszego koncertu, na którym byłam. Wspomnienia nie do opisania…
 
Bajor1
 
Nie potrafię zliczyć w ilu koncertach Bajora uczestniczyłam. Na żywo to jest dopiero coś! Nigdy nie zapomnę tego wrażenia, które na tym pierwszym koncercie w Tarnowie wywarła na mnie piosenka “Popołudnie”, żadne nagranie tego nie odda. Choć muszę przyznać, że akurat tę piosenkę Bajor i na żywo już teraz inaczej, gorzej, no bez tego przejmującego efektu wykonuje…. Miałam okazję słyszeć. W ostatnią niedzielę.
 
6 grudnia w Teatrze im J. Słowackiego w Krakowie miał miejsce koncert promujący najnowszą płytę “Michał Bajor – piosenki Marka Grechuty i Jonasza Kofty”.
O koncercie wiedziałam od dawna, uparcie twierdziłam, że idę, nawet koleżankę Ankę bardzo próbowałam namówić, by ze mną szła, zagapiłam się jednak z biletami. W niedzielę punktualnie o 15 (bo od tej godziny kasa czynna) wzięłam telefon w dłoń i dzwonię, czy czasem jakiś jeden mały bilecik się nie znajdzie… zajęte… wrr… czas ucieka, ja coraz bardziej zrezygnowana… jeszcze raz… odbiera średnio przyjemny żeński głos… mówię o co mi chodzi, a głos, który niespodziewanie coraz piękniejszy się robi mówi tak “ biletów to od dawna nie ma, ale wie pani co, ile pani tych biletów chce i na którą godzinę? bo tu właśnie przed chwilą jedna pani dzwoniła, że chce zwrócić jeden bilet i jak się pani pospieszy, tak przed wpół do czwartej jak by pani przyszła tu do mnie do kasy, albo gdzieś przed teatrem, to pani może od tej pani kupić”  Miałam ochotę krzyknąć “kocham panią”, bądź “tamtą drugą panią” , a może w sumie obydwie :)  Przed wpół do… a ja w dresach… sukienka nie wyprasowana… do teatru pewnie ze 20 minut drogi… 
Wpadłam do tej kasy jak opętana. Siedzi kasjerka i gada w najlepsze z jakąś kobietą, która niby coś kupuje, a w sumie to ględzi w nieskończoność… a przede mną jeszcze jedna kobieta w kolejce, a tu ludzie już wchodzą do środka na ten koncert… odeszła w końcu ta ględząca… ta przede mną jakoś dziwnie mi miejsce robi… “przepraszam, pani nie w kolejce?” “nie, nie” Super! Przesuwam się do okienka i już mam usta otwierać do kasjerki, kiedy ta nagle telefon odbiera i gada, gada, gada… wrrrr… czas ucieka, moje szanse na spotkanie z Bajorem maleją… Kobieta, która wcześniej stała przede mną, a potem się okazało, że jednak nie stoi w kolejce podeszła do mnie. “Przepraszam, ale pomyślałam, że to może pani chce kupić bilet na koncert, bo ja właśnie mam do sprzedania, syn miał iść ze mną, ale ma kolokwium i musi się uczyć i nie mógł”  Kocham tego syna i jego studia! :)
No i jak tu nie wierzyć w Mikołaja??? No któż to sprawił, jak nie on, że na koncercie jednak się znalazłam i całkiem dobre miejsce miałam… Mikołaj jak nic prezent mi zrobił! :) Było wspaniale.
Choć nie ukrywam, że wolę Bajora w jego własnych piosenkach.
Ale mimo wszystko było coś, co podobało mi się bardziej niż oryginalne wykonanie.
 
Muza pomyślności.
wołam ją, wołam, wołam… zawołaj ją i Ty
 
 
 

 

między żarem słów a słów tych cieniem
między śmiechem a westchnieniem
między każdą chwilą smutku i radości
krąży muza pomyślności
poszukaj zawołaj ją na kuszenie
nowych dni  pięknych chwil
przyniesie taki uśmiech co da ci natchnienie
co doda sił na więcej sił

wtorek, 1 grudnia 2009

co prawda dziś już grudzień… ale…

 

Zanim się serce rozełka
Czemu, a bo ja wiem
Warto zajrzeć do szkiełka
W barze "Pod zdechłym psem"
Hulał po mieście listopad
Dmuchał w ulice jak w flet
W drzwiach otwartych mnie dopadł
Razem do baru wszedł

 

 

Daj w nowym życiu, diable
Miłość i śmierć, jak w tem
Wiatr burzliwy na żagle
Myśl poza dobrem i złem
Znów będę bił się i kochał
Bujnie, wspaniale żył
Radość, a nie alkohol
Wlej mi, diable, do żył

poniedziałek, 23 listopada 2009

wiesz, wczoraj miałam sen…

Gdy uświadomiłam sobie co mi się dziś śniło, mocno się zarumieniłam. I był to rumieniec jak najbardziej uzasadniony, rumieniec z zawstydzenia. Śniła mi się bowiem moja aktualna robótka. Robótka nie dość, że w wersji ukończonej, to jeszcze miał ją na sobie ktoś zaglądający na mojego bloga. Jakiż to był piękny sen… A rzeczywistość… no cóż… bloga zaniedbałam kompletnie, a robótka co prawda cały czas pod ręką, ale głównie leży i kurz ją pokrywa. Skruszona przychodzę, by jedno i drugie ożywić. 

Przetwarzam włóczkę Himalaya Padisah. Wychodzą śliczne paski, kolory bardzo płynnie przechodzą jeden w drugi, podoba mi się pod tym względem niesamowicie. Nieco mniej podoba mi się to, że włóczka się mechaci. Dół robótki zanim doszłam do góry zdążył się lekko co prawda, ale skudłacić i nie napawa to optymizmem. No skoro w czasie roboty tak się dzieje, to cóż będzie gdy zacznę dzianinę nosić, nie mówiąc już o praniu? Mam zrobiony przód i tył, zostały rękawki i golf, ewentualnie pasek.

To co mam wygląda mniej więcej tak:

padisah-016

padisah-005 padisah-007

padisah-008

Dziękuję za wszystkie komplementy na temat Jaśminy. Nie zmieniłam zdania, cały czas się mi podoba i świetnie się nosi :)  Schemat oczywiście mam i jak tylko uda się mi zeskanować, udostępnię. Włóczkę Himalaya Kashmir nadal uwielbiam, do tego stopnia, że nabyłam parę nowych motków :)  ale o tym następnym razem…

A na zakończenie coś do posłuchania, bo… wiesz, wczoraj miałam sen… :)



czwartek, 5 listopada 2009

nareszcie Jaśmina….

Skończyłam! Wreszcie! Udało się, mam, mam, mam!!! Nawet już wypróbowana w praktyce! Moja Jaśmina! :) 
Oczywiście od razu pokazuję. Zdjęcia robiło moje starsze dziecię, jakość jak na początkującego fotografa zestresowanego gadaniną matki “Tylko mam dobrze (chudo) wyglądać na tych zdjęciach, nie ruszaj aparatem, całą postać rób, żebym czasem bez głowy się nie okazała… pokaż coś tam zrobił, dawaj jeszcze kilka, bo coś oczy mam jakby zamknięte… itd. itd  ” całkiem znośna, prawda? :)

jasmina-038 jasmina-039jasmina-043

Zużyłam na tunikę (bo w sumie tuniką się projekt okazał) ok 15 dag Kashmiru Himalaya, robiłam drutami 3,5 mm, wykończenia szydełkiem 3,25. Schemat zaczerpnęłam tradycyjnie z jakiejś Sandry, tym razem nie było w nim pomyłek :)
I bardzo jestem z nowego ciucha zadowolona!!!

“Ach Jaśmino, Jaśmino, krew się burzy jak wino…”

wtorek, 27 października 2009

przepis :)

Przepraszam, że nie podałam przepisu na ciastka od razu. Nie chciałam tego robić bez wiedzy i zgody kogoś, od kogo ten przepis zgarnęłam. Dziś już taką zgodę mam i z radością recepturę na ciasteczka szczęścia mogę rozpowszechniać :)
Agnieszko dziękuję :*
ps. Uwielbiam Twoją Kuchnię nad Atlantykiem!!!

 

Sezamowe ciasteczka szczęścia.

ilość:40 sztuk (2 duże blaszki do pieczenia)

składniki:
2/3 szklanki uprażonego na patelni sezamu
100 g masła
1/2 szklanki białego cukru
1/2 szklanki jasnego brązowego cukru
1 jajko
1 opakowanie cukru waniliowego
1 i 1/4 szklanki mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki cynamonu

sezamowe-019

1. Utrzeć masło z dwoma rodzajami cukru i cukrem waniliowym. Dodać jajko.
2. Wymieszać mąkę z proszkiem, solą i cynamonem, stopniowo dodawać do ciasta nadal ucierając. Na koniec wmieszać do ciasta połowę uprażonego sezamu. Wstawić ciasto na min. 1 godzinę do lodówki.
3. Formować kulki średnicy ok.3 cm ( ja tak jak Agnieszka nabieram ciasto łyżeczką i formuję kulki dłonią). Każdą kulkę obtaczać w pozostałym sezamie, kłaść na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i lekko rozpłaszczać dłonią. Układać na blaszkach zachowując duże odstępy miedzy ciasteczkami - maksimum 20 kulek na dużą blaszkę od piekarnika.
4. Piec ok. 10-15 min w 190 stopniach, aż będą złote (złote! nie brązowe, nie wolno ich przepiec). Zdejmować z papieru do pieczenia dopiero po ostygnięciu.

Więcej na temat tych ciastek tutaj :)

Smacznego!

niedziela, 25 października 2009

a z tego sezamu to co pani będzie robić?

Nieszczęścia chodzą parami. Od dawna o tym wiadomo. Tak więc kiedy w piątek po południu Tomek wrócił ze szkoły i już od drzwi wyjąkał, że się słabo czuje, w ogóle nie byłam zdziwiona. Jasiek po środowej żołądkowej niedyspozycji, czwartek i piątek siedział w domu ze znośną, ale jednak temperaturą, pokasływaniem i bólem gardła. Dotknęłam czoła starszego dziecięcia i aż podskoczyłam. Parzyło. A kiedy na termometrze zobaczyłam 39,9 miałam dosyć, zakończyłam pomiar czym prędzej.
Jak nietrudno się domyślić w piątek po południu nie ma szans dostać się do przychodni, bo przecież najlepiej na dwa dni wcześniej przewidzieć, że dziecko zachoruje i rejestrować zawczasu… Jak już się oczywiście zdarzy cud i uda się do tej przychodni dodzwonić… Poza temperaturą nie działo się nic wielkiego, dałam odpowiedni środek i postanowiłam czekać do soboty.
W sobotę zamówiliśmy prywatną wizytę domową. Nazwisko pediatry nic mi nie mówiło, ale w sumie było mi wszystko jedno, niech będzie ktokolwiek, byle lekarz i niech zbada moje dzieci! 
Koło południa zadzwonił telefon – “właśnie do pani jadę”. Głos niesłychanie miły i już po tej krótkiej wymianie zdań wiedziałam, że to był dobry wybór. Otworzyłam drzwi i tylko upewniłam się w tym przekonaniu. Pan doktor nie dość, że ma miły głos, to jeszcze bajecznie przystojny :)  I nadzwyczaj normalny. “Gdzie mogę powiesić kurtkę?” “Proszę mi podać, ja powieszę” “Nie no, ja sam, nie będę pani trudził i tylko buty jeszcze zdejmę” “Proszę nie zdejmować!” “Nie będę tu pani brudził przecież. Gdzie pacjenci?”
Pacjenci zostali tak dokładnie przebadani, jak dawno nie byli. Osłuchani, opukani, wyoglądani na wszystkie strony, szczegółowy wywiad pan doktor przeprowadził, no szok normalnie… Nawet Jaśka w mig udało się przekonać do szerokiego otwarcia paszczy. Ma pan doktor podejście świetne. Oczarowana jestem na maxa.
”To teraz wypiszę pani zalecenia, tylko mam prośbę. Możemy przejść do kuchni i tam pisać?” “No jasne, proszę bardzo, chodźmy na dół” “Też kupuję mieszkanie u tego developera, nie wie pani czy jest jeszcze wolne takie mieszkanie jak to pani, bo widziałem ogłoszenia”
W trakcie wypisywania raportu z badania chłopców pogadaliśmy z pediatrą o mieszkaniach, developerze, no chorobach też. Chłopaki mają infekcję wirusową. Na razie nie potrzeba antybiotyku, syropki, wapno, coś przeciw gorączce, Jaśkowi coś na gardło. Na razie tyle i miejmy nadzieję, że się to nie rozwinie. Jest lepiej ogólnie, ale jutro do szkoły jeszcze nie pójdą.
”A z tego sezamu to co pani będzie robić?” “Ciastka”. “Oooo, ciastka! Sezamki?” “Nie proszę pana, ciastka o bardzo ładnej nazwie – Ciasteczka Szczęścia” “To ja przepis poproszę. I faktycznie szczęście one przynoszą?” “No pewno, że tak”
Pogadaliśmy chwilę o sezamie, ciastkach i pieczeniu, po czym pożegnałam bajecznego pediatrę. Dawno nikt nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia, jak on. Następnym razem, kiedy będzie potrzeba na pewno po niego właśnie zadzwonię. Mimo wszystko mam nadzieję jednak, że potrzeba taka szybko się nie trafi…

A ciasteczka oczywiście upiekłam :)
Poczęstuj się. Niech i u Ciebie trochę szczęścia zagości.

sezamki

sezamki1