Dziś znów będzie o Bajorze :) Bo niektórzy z Was już wiedzą, że darzę go miłością absolutną, niezmiennie od lat już 20, a może i więcej, sama nie wiem dokładnie kiedy i od czego się zaczęło. Pierwsza płyta “Michał Bajor Live” chodziła u mnie tak często, że aż dziw, że się nie zużyła… bo to taka czarna, gramofonowa płyta… mam ją do dziś, tylko słuchać nie mam już na czym.
Na poprzednim blogu pokazywałam już zdjęcie z pierwszego koncertu, na którym byłam. Wspomnienia nie do opisania…
Nie potrafię zliczyć w ilu koncertach Bajora uczestniczyłam. Na żywo to jest dopiero coś! Nigdy nie zapomnę tego wrażenia, które na tym pierwszym koncercie w Tarnowie wywarła na mnie piosenka “Popołudnie”, żadne nagranie tego nie odda. Choć muszę przyznać, że akurat tę piosenkę Bajor i na żywo już teraz inaczej, gorzej, no bez tego przejmującego efektu wykonuje…. Miałam okazję słyszeć. W ostatnią niedzielę.
6 grudnia w Teatrze im J. Słowackiego w Krakowie miał miejsce koncert promujący najnowszą płytę “Michał Bajor – piosenki Marka Grechuty i Jonasza Kofty”.
O koncercie wiedziałam od dawna, uparcie twierdziłam, że idę, nawet koleżankę Ankę bardzo próbowałam namówić, by ze mną szła, zagapiłam się jednak z biletami. W niedzielę punktualnie o 15 (bo od tej godziny kasa czynna) wzięłam telefon w dłoń i dzwonię, czy czasem jakiś jeden mały bilecik się nie znajdzie… zajęte… wrr… czas ucieka, ja coraz bardziej zrezygnowana… jeszcze raz… odbiera średnio przyjemny żeński głos… mówię o co mi chodzi, a głos, który niespodziewanie coraz piękniejszy się robi mówi tak “ biletów to od dawna nie ma, ale wie pani co, ile pani tych biletów chce i na którą godzinę? bo tu właśnie przed chwilą jedna pani dzwoniła, że chce zwrócić jeden bilet i jak się pani pospieszy, tak przed wpół do czwartej jak by pani przyszła tu do mnie do kasy, albo gdzieś przed teatrem, to pani może od tej pani kupić” Miałam ochotę krzyknąć “kocham panią”, bądź “tamtą drugą panią” , a może w sumie obydwie :) Przed wpół do… a ja w dresach… sukienka nie wyprasowana… do teatru pewnie ze 20 minut drogi…
Wpadłam do tej kasy jak opętana. Siedzi kasjerka i gada w najlepsze z jakąś kobietą, która niby coś kupuje, a w sumie to ględzi w nieskończoność… a przede mną jeszcze jedna kobieta w kolejce, a tu ludzie już wchodzą do środka na ten koncert… odeszła w końcu ta ględząca… ta przede mną jakoś dziwnie mi miejsce robi… “przepraszam, pani nie w kolejce?” “nie, nie” Super! Przesuwam się do okienka i już mam usta otwierać do kasjerki, kiedy ta nagle telefon odbiera i gada, gada, gada… wrrrr… czas ucieka, moje szanse na spotkanie z Bajorem maleją… Kobieta, która wcześniej stała przede mną, a potem się okazało, że jednak nie stoi w kolejce podeszła do mnie. “Przepraszam, ale pomyślałam, że to może pani chce kupić bilet na koncert, bo ja właśnie mam do sprzedania, syn miał iść ze mną, ale ma kolokwium i musi się uczyć i nie mógł” Kocham tego syna i jego studia! :)
No i jak tu nie wierzyć w Mikołaja??? No któż to sprawił, jak nie on, że na koncercie jednak się znalazłam i całkiem dobre miejsce miałam… Mikołaj jak nic prezent mi zrobił! :) Było wspaniale.
Choć nie ukrywam, że wolę Bajora w jego własnych piosenkach.
Ale mimo wszystko było coś, co podobało mi się bardziej niż oryginalne wykonanie.
Muza pomyślności.
wołam ją, wołam, wołam… zawołaj ją i Ty
między żarem słów a słów tych cieniem
między śmiechem a westchnieniem
między każdą chwilą smutku i radości
krąży muza pomyślności
poszukaj zawołaj ją na kuszenie
nowych dni pięknych chwil
przyniesie taki uśmiech co da ci natchnienie
co doda sił na więcej sił