Z nitek, które miałam w domu nie było szans na wydzierganie czegokolwiek. Zero pomysłów, włóczki beznadziejne, w ogóle do kitu. A ja chciałam zacząć już, teraz, natychmiast, wykorzystać entuzjazm i zapał, chwycić wreszcie za druty, tworzyć rzędy oczek! Nie było wyjścia, udałam się do pasmanterii. Jakiejś dziwnej pasmanterii. Pasmanterii, w której czaiły się same trzeszczące i wstrętnie kudłate akryle. Najlepsze co tam sprzedawali to Himalaya Padisah. Pomyślałam – co prawda miałam nigdy więcej, ale w sumie dżdżownica nosi się chyba nienajgorzej (w sumie dawno jej na sobie nie miałam i więcej ona leży niż jest w użyciu, ale nic to…
), kolory są piękne i tak cudnie się układają, niech będzie, kupuję, lepsze to niż nic! No i wybrałam piękny czerwono-pomarańczowo-jakiś tam moteczek. Okazało się, że jest tylko jeden… wrrrr… za mało! No to wybrałam inny – odcienie niebieskiego. Wrrr… znów tylko jeden motek był. Brązów nie chciałam, zieleni podobnież. Został szary. Mieli motki dwa. No to zakupiłam – z 20 dag coś tam może zdziałam. Działam więc.
Początek idzie nawet ładnie. Zobaczcie.
Docelowo ma to być otulacz – komin. Co i kiedy wyjdzie… się okaże :)
Lubię mieć oczka na drutach. Oj jak mi tego brakowało…
Buziaki!


jedna z moich najulubieńszych włóczek! :)
OdpowiedzUsuń na zawszeskąd ta awersja? :)
Pięknie wychodzi!
OdpowiedzUsuń na zawszeBrakowało mi Twoich fotek z robótkami na drutach :) Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń na zawszeBardzo przyjemny kolor, już nie moge się doczekać efektu końcowego
OdpowiedzUsuń na zawszeTak czekałam Twojego powrotu, a wciągnął mnie remont kuchni i przegapiłam! :) Ale dobrze znów Cię widzieć i to we wspaniałej formie!
OdpowiedzUsuń na zawsze